29 września 2015

Blogerzy dzieciom czyli bajki przy kominku

Pisac "każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej ale nie o to chodzi jak co komu wychodzi. Czasami człowiek musi bo inaczej się udusi..."  No właśnie ja czuję, że już dusic się zaczęłam bo o mały włos a ominęłaby mnie taka zabawa. A tego bym sobie nie wybaczyłam.  

Jest blog Były sobie świnki trzy. Blog, który poznałam dzięki Pani Rolnik i akcji jaka została zorganizowana. A akcja zacna. Akcja zabawna. Akcja kreatywna. Akcja dla blogerów. Projekt międzyblogowy o nazwie "Bajki przy kominku". Skoro jesień przyszła do nas to my blogerzy ją trochę pokolorujemy słowami, a dokładniej wierszykami. Mam nadzieję, że gotowi jesteście na taką dawkę "poezji"?! Raz w miesiącu blogi biorące udział w projekcie będą publikowały wierszyki napisane własnoręcznie. Będą wesołe i ciekawe. Długie i krótkie. Rymowanki i prozy. Z morałem i nie. Słowem przewodnim we wrześniu jest CIEPŁO. Mam nadzieje, że poczujecie je.
Bawcie się dobrze!


Jak co roku o tej porze większość ludzi nadziwić się nie może
że tak szaro, że tak zimno,że już jesień przyjdzie szybko.
I te ciepłe dni rozkoszy już minęły ubiegłej nocy.
Teraz ranki takie chłodne, no i noce niewygodne.
Sukieneczki i klapeczki powędrują do szafeczki.
Teraz czapka i szaliczek opatulą nas o świcie.
A skarpety, ciepły polar będą grzać nas późną porą.
Na nic prosić, wołać, krzyczeć
czy też wyć jak wilk o świcie
by te lato tu zostało, no grzało nas co rano.

Uśmiechnijcie się Panowie, no i Panie odlotowe
bo te ciepło nie umknęło oraz dzisiaj nie zniknęło.
Ciepło będzie nam ogromnie
będzie grzać nas nieuchronnie
Lecz nie słońce, nie wiaterek,
a buciki i sweterek będą grzały nasze ciała 
gdy włożymy je już zaraz.
Przestań krzyczeć i marudzić, że Ci znowu nie pasuje.
Więc uśmiechnij się szeroko, zwiń się teraz w ciepły kokon
włóż skarpety no i czapkę i oczekuj tak na Gwiazdkę...
Masz też drugi wybór mały bądź jak dzieci wciąż rozgrzany
biegaj szalej i się ciesz, że dziś możesz być kim chcesz!




17 września 2015

Czytajmy dzieciom vol.2



Tam gdzie są książki muszę być i ja! Nie ważne czy o książkach będziemy mówiły, czytały czy je tworzyły. Kocham je miłością czystą i z założenia wychodzę, że tam gdzie one są musi być dobra zabawa. 

24 sierpnia 2015

Nigdy nie mów nigdy!



Broniłam się przed tym rękami i nogami. Zarzekałam się. W życiu bym nie uwierzyła jakby ktoś mi powiedział, że zacznę biegać.  W dodatku z własnej nieprzymuszonej woli. Będąc w szkole robiłam wszystko byleby nie biegać. Mogłam grać, skakać, ćwiczyć i nawet śpiewać jednocześnie ale nie biegać!

Wiele razy mi mówiono, że jeśli słyszy się o danej rzeczy bardzo często to z czasem zaczynamy w nią wierzyć. Absolutnie się z tym zgadzam. Co więcej jestem tego żywym przykładem. A wszystko za sprawą takiej jednej blogerki, która biegała, biega i zapewne biegać jeszcze długo będzie. Mówiła o tym jak cudownie jest biec przed siebie. Wrzucała zdjęcia oraz zdobywała kolejne medale. Pewnego razu pomyślałam sobie, że również chciałabym zdobyć medal. Pomysł wpadł do głowy i kiełkować długo nie musiał bo dobę później ubrałam się i pobiegłam. 
 
Czy czułam się cudownie? Nie. Czy poczułam satysfakcję? Nie. Czy Poczułam endorfiny? Do tej pory nie wiem gdzie mam ich szukać. Ustalmy jedno. Bieganie nie sprawia mi przyjemności. Nie potrafię jeszcze oddychać odpowiednio, łapie mnie kolka, po 3 minutach biegu stwierdzam, że mi się nie chce. Szukam wymówek żeby nie biec i za każdym razem przekonuje samą siebie żeby przebiec choć kawałek.


Mimo wszystko zapisałam się na dwa biegi. Jeden na 5km w Szwaderkach, a drugi na 6,2km w Barczewie. Oba przebiegłam walcząc sama ze sobą. Oba były inną formą walki. Choć nie ukrywam, że bieg w Barczewie kiedy żar lał się z nieba był totalnie ekstremalny i do tej pory uwierzyć nie mogę, że dałam radę. I tak biegam od jakiś 2,5miesiąca. Biegam niesystematycznie. Biegam powoli i często zmuszając się do tego. Biegam i nie zakładam ile przebiegnę. Biegam i z wydychanego powietrza układam melodię. Biegnę i zastanawiam się po jaką cholerę wstawałam o 7 rano w sobotę skoro ja nawet nie lubię tego robić…
W minioną sobotę zrozumiałam, że nie polubię biegania samego w sobie. Za każdym razem będę musiała zmuszać się by wyjść z domu i pobiec. Co więcej będę walczyła sama ze sobą żeby w trakcie nie zrezygnować. I za każdym razem wygram ten pojedynek. Za każdym razem zwyciężę ze słabszą stroną samej siebie bo uczucie, które mi towarzyszy po dotarciu do domu jest tego warte!



06 sierpnia 2015

Arcydzieła, malowanie i moja duma



Kiedy pięć lat temu wyjęłam pierwsze kredki i pokazałam Jadzi jaką frajdą może być kolorowanie, nie mogłam się doczekać kiedy jej arcydzieła będę kolekcjonowała w teczce. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że czeka ją długa droga do odważnego i przede wszystkim świadomego malowania, kolorowania bądź rysowania.

Kiedy maluch zaczyna malować cieszymy się z pierwszej pogryzmolonej kartki. Następnie przepełnia nas duma kiedy pierwszy raz podaną kolorowankę świadomie „pokoloruje”. Jjednym kolorem. Po czym tłumaczymy aby wzięło różne kolory by rysunek był kolorowy. Kiedy już opanuje sztukę kolorowego rysowania tłumaczymy, że nie należy wychodzić za linie. Uczymy pierwszych łatwych rysunków i zachęcamy by starało się odwzorować.  Kolejnym krokiem jest pokazanie różnych narzędzi, którymi możemy malować. Kredki ołówkowe, świecowe, farby, ołówek, flamastry,  kolorowe długopisy bądź zakreślacze. Niby pokazywałam, tłumaczyłam i poszerzałam jej wizję malowania. Mimo wszystko czułam, że to za mało. Chciałam pokazać, że malowanie jest zabawą nie mającą sztywnych reguł. I tak zaczynając od początku pokazywałam jej różne sposoby kolorowania. Temperując kredki świecowe i palcami rozcierając. Kolorowanki malowałyśmy robiąc kolorowe linie wzdłuż konturów postaci. Zamiast pędzelków używałyśmy własnych palców lub pałeczek do uszu. Odciskałyśmy stopy, dłonie, kolana oraz łokcie na kartce. Flamastrami kolorowałyśmy kamienie, chusteczki, kostki lodu oraz stare koszulki. Rysowałyśmy tatuaże na skórze oraz obrazy na ścianach. Rozcierałyśmy plastelinę na kartce, a także rozmazywałyśmy kleje brokatowe. Następnie doszły sypkie brokaty, cekiny, naklejki, bibuła, gazeta jak i przyklejanie kawałków materiałów, włosów swoich i sztucznych oraz obierków z natemperowanych kredek.
Czy przy tym bawiłam się razem z Jadzią? Oczywiście! Czy lubiłam brudzić się i wygłupiać razem z nią? Jasne, że tak. Oczywiście były chwile kiedy sprzątanie trwało godziną czasu. Były momenty kiedy chciałam powiedzieć „dosyć”, usiądź sama i pokoloruj kolorowankę „normalnie”. Nie raz pewnie starałam się narzucić swój sposób bądź przekonać ją by robiła to po mojemu aby potem było mniej sprzątania. Jednak kiedy teraz patrzę na jej rysunki, w których jest jej „dokładność” i wizja. Jak widzę jak kreatywnie potrafi użyć przedmiotów, w zasięgu jej wzroku by stworzyć coś niesamowitego, to uśmiecham się sama do siebie. Cieszę się, że po drodze nie zwątpiłam. Jestem dumna z siebie, że nie narzuciłam Jej swojej wizji i nie wmówiłam, że malować można tylko w dany sposób. Nie zabiłam w Niej czegoś istotnego- wyobraźni.


29 marca 2015

BlogiWeekend

Błogość. Chillout. Reset. Spokój. Otwartość. Piękno. Brak przepychu. Ład. Porządek. Wypośrodkowanie. Zatrzymał się czas. Swojskość. Bez pośpiechu. Bez nerwów. 

Wydawać by się mogło, że to puste teksty, Nic nie warte slogany. Lecz tylko tym, którzy nie byli, nie widzieli, nie usłyszeli i nie przeżyli przynajmniej weekendu w Pałacu Galiny. Chciałabym Wam opisać to miejsce lecz obawiam się, że proste słowa nawet w połowie nie oddadzą piękna i energii tego miejsca, a zdjęcia będą tylko wyrywkami minionego życia, które nic nie wniosą i nie przekażą Wam cudowności tego miejsca. 

Zacznę od tego, że warto. Warto przyjechać i zatrzymać się w czasie. Warto pozwolić myślom się zatrzymać. Nie chodzi o to żeby zapomnieć ani tez lekceważyć je. Absolutnie nie! W Pałacu Galiny czas się zatrzymuje. Tam nie patrzysz na zegarek. Nie spieszysz się i nie uciszasz się nawzajem. Nie szukasz pretekstu i nie popędzasz dzieci. W owym miejscu wszystko przychodzi jakoś tak naturalnie. W swoim czasie i o odpowiedniej chwili. W momencie, które jest odpowiednie na daną czynność. Jest błogo. I to dosłownie! Nie przeszkodziły w tym nawet dzieci, I to spora liczba ich, która śmiała się, pokrzykiwała lub też rozmawiała z entuzjazmem. Miałam wrażenie, że nawet zajęcia, które przygotowali dla nas Klaudyna i Tomek wpasowały się w tą naturalność Pałacu Galiny.

Jestem przede wszystkim pod ogromnym wrażeniem pracowników. Klasa, kultura, otwartość i empatia były cechami, które od progu dały się wyczuć. I nie chodzi mi o wyuczenie czy obowiązek nałożony z góry. Miałam wrażenie jakby tamci ludzie po prostu tacy byli. Nie szarpali się, nie stwarzali problemów i nie szukali ich. Przez cały pobyt czułam się jak u siebie. Było mi błogo. Było mi tak dobrze i swojsko, że tęsknie za tym miejscem i za tą energią.

Jeżeli chodzi o ową energię to ma się rozumieć, że tworzyli ją również blogerzy i ich rodziny. Ilona z Tobą mogę konie kraść! TFU! Ziemniaki kopać chciałam napisać :) Uwielbiam Cię! Sylwia kocham z każdym spotkaniem coraz bardziej! A Twój mąż Mariusz skradł moje poczucie humoru i w momentach powrotu do rzeczywistości wyrywał mnie z paszczy melancholii przystawiając lewe (!) kolano. Klaudyna i Tomek kłaniam się nisko i gratuluję! GRATULUJĘ i cholernie zazdraszczam pomysłu, realizacji i tej lekkości, którą zarażaliście. Lepiej być nie mogło!

Oprócz tej błogości, której mogliśmy namacalnie i mentalnie poczuć, ekipa Tulanek zorganizowała nam szereg atrakcji. Marcin http://koziolkuj.pl/ opowiedział blogerom o social mediach. Niestety byłam sama z dwójką dzieci i wziąć udziału w tych warsztatach nie mogłam. Za to dzieci (i ja oczywiście) zostaliśmy oprowadzeni po Farmie miniatur. Konie, kuce, osły, króliki i kozy były absolutnie hitem. Co więcej mogliśmy je nakarmić. Cudownie było patrzeć na uśmiechnięte miny dzieci, kiedy obcowały ze zwierzakami. Oprócz tego Cottonbee był sponsorem tkanin, z których mogliśmy uszyć torby, a dzieciaki pomalować i wypchać swoje przytulanki. Swoją drogą gratuluję pomysłu! Była również przejażdżka bryczką, ognisko, wspólne rozmowy i śmiech. Jak również atrakcja dla mężczyzn, której sponsorem było Bartbo. Miny dzielnych mężczyzn i radość w oczach były jasną odpowiedzią, że niespodzianka jak najbardziej udana była.

Dziękuje wszystkim za cudowne towarzystwo. Miło było Was poznać. Dzięki za spędzony wspólnie czas. Dzięki za BLOGIWEEKEND, który okazał się błogim weekendem. Za wieczorne rozmowy, pizze, wspólne posiłki, śmiech, rozmowę, brak spiny i chęci! 






















 


13 lutego 2015

Jesz w miejscu publicznym? To czemu dziwisz się innym?

Kobiety można podzielić na wysportowane i nie. Na wysokie i niskie. Na blondynki, brunetki i rude. Możemy również podzielić je na wegetarianki i miłośniczki mięsa. Kobiety można podzielić na mamy karmiące piersią i karmiące butelką. Te podziały znamy wszyscy. Jednak dzisiaj zauważyłam jeszcze jeden podział. Mamy (w każdym wiekui z różnym stażem w byciu mamą) można podzielić, na te którym przeszkadza publiczne karmienie piersią oraz te którym owa czynność nie przeszkadza. Nie wiem jaki procent kobiet wypowiadających się przeciwko karmieniu piersią w miejscu publicznym, karmiło naturalnie swoje dzieci (moze warto się temu przyjrzeć?!). Lecz nie o tym chciałam napisać.

Co w karmieniu piersią w miejscu publicznym jest takie nie na miejscu? Według niektórych kobiet kilka rzeczy. Swoją drogą jestem ciekawa co na ten temat sądzą mężczyźni? No ale wróćmy do kobiet.
Po pierwsze jest to mało apetyczne według osób obserwujących.
Z całym szacunkiem ale mało apetyczne to może wyglądać jedzenie. Ewentualnie mlaskanie i mówienie z pełną buzią niektórym osobom odbiera apetyt. Mało apetyczne może być wypluwanie przeżutego jedzenia na talerz. O dłubaniu w zębach podczas jedzenia nie wspomnę.
 Dziecko przestawione do piersi je z apetytem bo jest głodne. Jeśli ktoś ma problem z apetytem to niech nie zwala winy na głodne dziecko, a zamówi sobie inny danie lub sięgnie po jakieś ziła poprawiające apetyt. W ostateczności może najzwyczajniej w świecie odwrócić wzrok.

Kolejną sprawą jest oddelegowanie kobiet karmiących do specjalnych pokoi. Ok, jeżeli ktoś czuje taką potrzebę aby w zaciszu karmić swoje dziecko to ja nie mam z tym problemu. Jednak idąc do restauracji moim celem jest zjeść CIEPŁY posiłek. Nie wyobrażam sobie abym szła karmić na drugi koniec restauracji, do specjalnego pokoju, a moje jedzenie stygło na stole. Nie po to udałam się do restauracji. Idąc tym tokiem rozumowania może stwórzmy również pokoje dla osób mlaskających, siorbiących i hałasujących podczas jedzenia?! Nie oszukujmy się ale innym może przeszkadzać takie zachowanie.

Myślisz że kobieta karmiąca piersią specjalnie obnaża swój biust przed innymi? Serio? Widok roznegliżowanych panienek nikomu nie przeszkadza ale kobieta karmiąca naturalnie swoje dziecko wzbudza zgorszenie? Nie rozumiem tego toku myślenia. Czy naprawdę ktoś uważa iż mężczyzna może w erotyczny sposób spojrzeć na biust kobiety karmiącej naturalnie? Po pierwsze wątpię, że mężczyzna zauważy siedzącą trzy stoliki dalej kobietę karmiącą naturalnie. Po drugie nawet jeśli zauważy to wątpię by zaczął doszukiwać się jej biustu kiedy pewnie stolik przed nim siedzi jakaś kobieta z wielkim dekoltem. A po trzecie serio jakaś kobieta myśli, że wystawiając pierś do nakarmienia swojego dziecka naszym celem jest uwieść jakiegoś mężczyznę?

Kolejnym problemem jest niezasłanianie biustu podczas karmienia. Problemem dla innych. Ja tego nie robiłam. Wiesz czemu? Bo sama nie jadam posiłków pod pieluchą tetrową.

Mogę tak przytaczać mnóstwo tekstów, próbować odpowiadać na rożne teorie ale nie o to chodzi.

Chce Wam powiedzieć jedno.

Dorosły człowiek może jeść w parku na ławce, na przystanku, w autobusie, kawiarni, restauracji i plaży. Może jeść nawet w samochodzie. Ba! Może jeść przy innych ludziach! Dziecko (mały człowiek) nie może. Dla kobiety karmiącej wydzielane są specjalne pokoje, w których mają karmić swoje dzieci. Pokoje pod kluczem...

Szanuje innych ludzi którzy zdecydowali się jeść w miejscu publicznym. I chciałabym aby każdy człowiek szanował drugiego człowieka spożywającego posiłek. Nie ważne czy w autobusie, parku czy restauracji. A dziecko (w każdym wieku) to również człowiek. Z tą różnicą, że mały.

11 lutego 2015

TŁUSTY czwartek

Jutro jest dzień, na który czeka większość osób. Tłusty czwartek. Dzień, w którym bez wyrzutów sumienia wpierniczamy (dosłownie) paczki, oponki i faworki. Nie rozumiem fascynacji jutrzejszym dniem. Nie rozumiem jak można jednego dnia wciskać w siebie bez żadnych zahamowań tyle kalorii, oleju i mało smacznego (za to aromatyzowanego) "dżemu".